Wspomnienia mjr inż. Leopolda "Wrzos" Sobolewskiego z Kulesz


mjr w st. spoczynku inż. Leopold "Wrzos" Sobolewski (28.11.1921 - 10.04.2006)

Moi rodzice, a także i dziadkowie z obu stron: po mieczu i kądzieli, pochodzą ze wsi Kulesze, oddalonej o siedem kilometrów od Moniek. Wieś ta należała przed wojną do parafii Trzcianne, rozłożonej w widłach Biebrzy i Narwi. W Trzcianne była gmina, jarmark, kilka żydowskich sklepów i kościół. W tym kościele wszyscy byliśmy ochrzczeni, i ja również.

Mieszkańcy Kulesz dzielili wieś na trzy sektory: na "dołek", "gubernię" i na "szlachtę". Na "dołku" mieszkała między innymi rodzina mojej matki, czyli Waszkiewicze. W "guberni", czyli w środku wsi, mieszkał sołtys i kilku innych gospodarzy. Na "szlachcie", części pod lasem, mieszkała rodzina mego ojca, czyli Sobolewscy. Ale wszyscy w tej wsi, i ci z "dołka", i ci ze "szlachty", szli w niedzielę do kościoła na bosaka, wkładając buty dopiero przed wejściem do kościoła, dziwiąc się, że bogaci panowie chodzą w butach przez cały dzień. Chodzą w butach, które przecież pieką i cisną w palce.

W Kuleszach mieszkano w chatach - czworakach z czterema izbami dla czterech rodzin. Podłoga kuchni była wyłożona płaskimi kamieniami, a alkież, czyli pokój paradny, miał podłogę drewnianą. Przed wejściem do każdego domu leżał wielki płaski kamień, a na nim drugi, mniejszy. Kamienie te zastępowały schody. Dachy domów kryła gruba warstwa słomy, na której od lat rosły różne porosty i mchy, więc te dachy wyglądały zielono.

Za moich młodych lat żyło we wsi, co najmniej dziesięć rodzin Waszkiewiczów i wszystkie one były jakoś spokrewnione. Mój dziadek Jan Waszkiewicz, jego brat Antoni, drugi brat Feliks, potem Piotr i inni, dalsi, wszyscy ci bracia, wujkowie, szwagrowie, zasiedzieli na tych ziemiach, w tej wsi, dziad z dziada, od wieków, posiadali przeważnie średnie gospodarstwa, byli pracowici i przyjaźnie usposobieni. Nigdy nie słyszałem, by między nimi zdarzały się jakieś zatargi. Oczywiście bywało, że krowa jednego Waszkiewicza weszła na zagon drugiego i zniszczyła uprawę. Wtedy pokrzywdzony otrzymywał odszkodowanie pieniężne albo w naturze.

Rodzina Waszkiewiczów, Sobolewskich, Januszewskich, Jaworowskich, Kulików i inne rodziny nie posługiwały się nazwiskami. Jedynie imionami. Mówiło się: "Idź do Janków po sól" albo "Przynieś od Felków worek kartofli, a potem zanieś do Piotrków koszyk...". Mieczysławów było co najmniej trzy rodziny. W takich przypadkach do imienia dodawano miejsce zamieszkania: "Pytali o ciebie Miećki z gościńca" albo "Miećki ze smużków (znad łąk) pożyczyli kosę". Bywało, że kiedy ludzie zaglądali do urzędowych papierów rodziny, to nie wiedzieli, o kogo chodzi.

Dziadek Jan Waszkiewicz zmarł w wieku 73 lat, chorował na prostatę, a babcia Franciszka zmarła w wieku 93 lat ze starości. Oboje pochowani są na cmentarzu w Downarach. Dziadek był wesołego usposobienia. Nie miał nogi, stracił ją w carskim wojsku. Z tego tytułu pobierał rentę inwalidzką, która wynosiła 12 zł (tyle kosztowało 100 kg żyta). Lubił chodzić na zabawy; bez nogi, siadał w kącie izby i słuchał, jak grają.

Dziadkowie mieli czterech synów i cztery córki: najstarszą Annę (moją matkę), Stanisława, Władysława, Marię, Jana, Genowefę, Mieczysława i Bronisławę. Żyje jeszcze jeden brat matki, Jan, który ma 85 lat, i jedna siostra Bronisława, która ma 72 lata. A ja mam 80 lat. W rodzinie matki spędzałem swoje dzieciństwo, u dziadków Waszkiewiczów, których bardzo kochałem, a oni kochali mnie.

U dziadków było czyściutko; w kącie pokoju, na stole, leżał zawsze bochen razowego chleba pod lnianym obrusem. Przy ścianach stały rozsuwane łóżka ze słomą, zaścielone lnianymi prześcieradłami. Na wierzchu leżały pierzyny, przykryte wełnianymi narzutami, i jedna na drugiej wielkie poduchy.

Na środku kuchni stał stół na niskich nogach. Przy nim spożywano wszystkie posiłki, przysiadając na stołeczkach. Gotowano śniadania jak obiady: zawsze zupę mleczną potem barszcz lub kapustę, podawaną w oddzielnych talerzach, i kartofle w jednej misie dla wszystkich, po które sięgało się łyżkami. Potem każdy dostawał po kawałku mięsa. Kto chciał, to brał sobie maślankę lub zsiadłe mleko do popicia. Podobnie wyglądał obiad, podobnie i kolacja.

Samowar i pępuchy

Herbatę piło się tylko w niedzielę i to nie w każdą. Na taką okazję biegło się po wodę do źródła, które znajdowało się tuż za strugą w olszynie, gdzieś sto metrów za domem. Babcia nastawiała samowar: wkładała do niego rozżarzone węgle drzewne, a na górze ustawiała zbiornik z wodą. Po zagotowaniu wody parzyła herbatę, przechowywaną razem z cukrem jak skarb w kuferku. Ależ ta herbata smakowała! Piliśmy herbatę i jedliśmy pępuchy, czyli takie pączki tyle, że bez marmolady i z grubej mąki, robionej ręcznie na żarnach. Bardzo lubiłem pępuchy.

Lubiłem też u dziadków niedziele, bo nie musiałem paść krów. W niedziele chodziłem nad strugę, czystą jak łza i pełną przeróżnych ryb. Przez strugę przechodziło się po dużych kamieniach - do olszyny, gdzie rosły maliny i porzeczki. Często siadałem nad tą strugą, blisko źródła, i patrzyłem jak bulgoce woda i nie raz miga jak błyskawica szczupak.

Domy malowano wapnem na biało zawsze przed Wielkanocą, także ściany wewnątrz domów. A na Zielone Święta strojono je brzeziną, a podłogę posypywano pociętym tatarakiem. Robiło się miło, pachnąco, świątecznie.

Pomimo tej dezynfekcji wapiennej w każdej chałupie było pełno much. Starzy śmiali się ze mnie, bo oganiałem się przed owadami. Im muchy nie przeszkadzały. Ale moja babcia, kiedy tego paskudztwa nazbierało się za dużo, plotła miotłę z bylicy, czyli z takich zielsk, jak piołun, opryskiwała ją mlekiem i wieszała pod sufitem. Gdy udało się jej skusić wiele much, brała worek i nasuwała go na miotłę. A potem wynosiła z domu ten worek z miotłą i muchami i tłukła nimi o drzewo lub ścianę domu. W ten sposób zabijała prawie wszystkie muchy. Głównie po to, bym ja mógł spokojnie posiedzieć.

Później, gdy mieszkałem z rodzicami i rodzeństwem już w podbiałostockich Starosielcach, gdzie ojciec dostał pracę na kolei, przyjeżdżałem do dziadków na wakacje. Syn dziadka brata - Antoni Waszkiewicz w niedzielny wieczór brał skrzypce i ze swoim bratem Bolesławem wychodził przed dom i grał. Grali różne tam polki i obertase, Antoni na skrzypcach, a Bolesław na tamburynie, czyli bębenku z blaszkami. Od razu zbierała się młodzież i tańczyła: starsi sobie, dzieci sobie. Kto miał buty to w butach, kto nie miał, to tańczył na bosaka, zarówno chłopcy, jak i dziewczyny. Radośnie i beztrosko.

Były u dziadków i smutne dni. Pamiętam taką wiosnę 1932 lub 1933 r. Przyjechałem z matką na pogrzeb Stanisława, najstarszego brata matki, mego wujka. Stanisław zaraził się gruźlicą, miał 23 lata. W tym czasie młodszy wujek Władysław służył w wojsku, w kawalerii; gdy wyprowadzali trumnę z domu, jeszcze go nie było.

Na pogrzeb przyszła cała wieś. Trumnę niesiono na ramionach ze śpiewem pieśni pogrzebowych. W tym czasie Władysław z przepustką z wojska szedł pieszo z Moniek. Kiedy zbliżył się do wsi, usłyszał śpiewy. Wówczas zaczął biec przez pola, przez zboża, na przełaj do krzyża, do którego dotarł kondukt. Gdy babcia zobaczyła, jak biegnie, w długim płaszczu wojskowym, w butach, czapce, z ułańską szablą przy boku, to zemdlała. A on dopadł do trumny brata, objął ją rękami i płakał. Czapka zsunęła się mu na ziemię. Wszyscy zebrani też płakali. Takich scen nie zapomina się nigdy.

Rodziny ojca nie znałem dobrze, bo dziadkowie ze strony ojca wcześnie - kiedy byłem bardzo małym chłopcem - poumierali. Wiem jedynie, że dziadek miał na imię Seweryn, a babcia - Paulina. Posiadali gospodarstwo średniej wielkości, gdzieś dziesięć hektarów, czterech synów: Adama (to mój ojciec), Antoniego, Stanisława, Izydora. Mój ojciec był najstarszy, rocznik 1894. Po śmierci dziadków na gospodarstwie pozostał Antoni, a Stanisław poszedł w tzw. przystępy, czyli na gospodarstwo żony, i przeniósł się do wsi Zubole, tuż obok Trzciannych, i zabrał ze sobą Izydora.

Cud Hallera

Mój ojciec Adam Sobolewski żył 90 lat, a matka Anna - 88 lat. Po wybuchu wojny w 1914 r. ojciec został powołany do wojska ruskiego i jako żołnierz rosyjski walczył pod Murmańskiem. Tam dostał się do niewoli niemieckiej. Wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich, w tym ojca, Niemcy przewieźli pod granicę francuską, aby tam kopali okopy i budowali fortyfikacje. Niemcy spodziewali się uderzenia Francuzów. Memu ojcu i kilku innym Polakom - po zabiciu niemieckiego psa, który ich pilnował - pewnej nocy udało się uciec na stronę francuską. Nie tułali się długo. W tym okresie we Francji generał Haller tworzył polską armię, tzw. "błękitną", więc Francuzi skierowali ojca i pozostałych uciekinierów od razu do "błękitnych".

W 1919 r. Haller ze stoma tysiącami żołnierzy, w tym z moim ojcem, ruszył do Polski, wzmacniając polskie siły zbrojne. Kiedy w roku 1920 zaatakowali bolszewicy, Haller objął dowództwo Frontu Północno-Wschodniego, wspomagając Piłsudskiego. Odniesiono zwycięstwo, zwane "cudem nad Wisłą", a memu ojcu, który w swej cząstce przysłużył się temu "cudowi", po przejściu do cywila przyznano status "obrońcy Ojczyzny" i w związku z tym pierwszeństwo w otrzymaniu pracy w przedsiębiorstwach państwowych, takich choćby jak kolej.

Stryjów swoich, czyli braci ojca, poznałem w czasie okupacji niemieckiej. Stryj Stanisław był człowiekiem pracowitym: gdy wszystko zrobił w domu i zagrodzie, to naprawiał buty domownikom. Nie umiał posiedzieć bez pracy. Nie widziałem go z pięćdziesiąt lat, więc pewnie nie żyje. Z jego synem Jarosławem, inżynierem melioracji, spotkałem się kiedyś na zjeździe w Warszawie. Prosił mnie bardzo, bym go odwiedził, a ja nie zrobiłem tego do dziś. Jarosław mieszka w Mińsku Mazowieckim.

Brata ojca - Antoniego widziałem jeden raz, nie znałem go więc prawie.

O stryju Izydorze wiem trochę więcej, bo opowiadał o swoich przeżyciach. We wrześniu 1939 roku został powołany do wojska i walczył jako ułan w Prusach Wschodnich. Oddział kawalerii, w którym służył, po trzech tygodniach walk został otoczony przez Niemców i wybity. Około dwudziestu ludzi, w tym Izydora, wzięto do niewoli. Po dwóch tygodniach przetrzymywania Niemcy wyprowadzili wszystkich do lasu i kazali się rozbierać. Ustawili ich w szeregu. Gdy tak stali, zauważyli przed sobą, w odległości trzydziestu metrów, przykryty gałęziami, ręczny karabin maszynowy. I kiedy żołnierz niemiecki zaczął iść w kierunku karabinu, rzucili się do ucieczki. Przebiegli kilkadziesiąt metrów w różnych kierunkach, zanim Niemiec zaczął strzelać. Ilu ułanów zginęło, Izydor nie wiedział, ale jemu udało się uciec. Pół dnia szedł lasem, w bieliźnie, w nieznanym kierunku. Bał się natknąć na kogokolwiek. Pod wieczór zobaczył z dala zabudowania gospodarcze. Nie wiedział, czy mieszkają w nich Niemcy czy Mazurzy - Polacy, więc czekał, aż zrobi się ciemno. Nocą podszedł pod stodołę i po drabinie, przez dziurę w szczycie, wskoczył do środka. Zakopał się w słomie i czuwał do rana. Rano usłyszał otwierane drzwi i głos gospodarza, poklepującego konia: - No, nastąp się. - Ucieszył się. Gospodarzem był polski Mazur.

Za jakiś czas, po cichu wyszedł z ukrycia. Mazur przestraszył się go początkowo, ale kiedy opowiedział o swoim położeniu i poprosił o pomoc, sprezentował mu starą kapotę, spodnie, ponadto nakarmił i dał jedzenie na drogę. Do tego powiedział, jak ma iść, by nie wpaść w ręce... bolszewików, bowiem tereny Białostocczyzny zajęli Ruscy. Działo się to po 17 września 1939 r. Izydor podziękował gospodarzowi za wszystko i ruszył lasami do Doliny Biebrzy. W dzień ukrywał się, w nocy szedł. W pewnym momencie, w odległości pięćdziesięciu metrów, usłyszał za sobą głosy ruskich żołnierzy. Jeden sołdat wołał drugiego. Stryj doszedł do wniosku, że udało mu się przekroczyć granicę niemiecko - rosyjską. Poczuł się pewniej. Po jednym dniu marszu doszedł do bagien nadbiebrzańskich. A potem do domu, do wsi Zubole, położonej 8 km od rzeki Biebrzy.

A jednak Izydor zginął od kuli niemieckiej. W czasie okupacji niemieckiej pracował w gospodarstwie. Chciał sobie trochę zarobić, więc pędził wódkę. Ktoś wydał go Niemcom. Ci przyszli po niego, gdy spał w stodole na ruszcie, na strychu. Usłyszał ich. Spostrzegł, jak jeden Niemiec wchodził był po drabinie na strych. Nie czekając, wygrzebał dziurę między żerdziami, na których leżała słoma, i skoczył na dół, gdzie stały krowy, a za nimi kusiły otwarte drzwi. Drugi Niemiec zauważył go i strzelił. Zabił na miejscu. Gdyby Izydor nie uciekał, to może przeżyłby wojnę. Takie było widać jego przeznaczenie.

Było nas w domu sześcioro: rodzice i czwórka dzieci: Jan (rocznik 1924), Władysław (1927), Halina (1930) i ja - Leopold (1921). Byłem najstarszy z rodzeństwa. Ojciec nie miał wykształcenia, więc pracował jako stały robotnik kolejowy. Stały, a więc taki, który nie może być zwolniony z pracy, w przeciwieństwie do robotników sezonowych. To było duże wyróżnienie, wynikające z przyznanego mu statusu "obrońcy Ojczyzny", zaszczyt honorowy, bo zarobki ojca wystarczały ledwie na życie. Ojciec pracował w Warsztatach Kolejowych w Starosielcach, przynależących do Dyrekcji Wileńskiej Kolei, obejmującej swym zasięgiem całą północno-wschodnią Polskę aż po Brześć. Matka zajmowała się domem. Była dobrą gospodynią. Umiała piec ciasta najlepsze na świecie. Lasy, a opodal Roś

W Starosielcach chodziłem do szkoły, potem przeprowadziliśmy się. Kolej budowała wiadukty. W latach 1935-36 nastał kryzys i prawdobodobnie nie było zamówień na te budowy. Pozwalniano robotników sezonowych, a dla stałych, takich jak mój ojciec, wyszukiwano miejsca pracy. Ojcu zaproponowano Wołkowysk z dużą parowozownią i służbowym mieszkaniem. Ojciec obejrzał miejsce pracy i zgodził się tam przenieść w 1936 r.

W Wołkowysku (dziś na Białorusi) żyło się nam o wiele lepiej niż w Starosielcach. Żywność była tańsza, ja chodziłem do szkoły handlowej. Matka za wszelką cenę pragnęła, abym ukończył szkołę średnią. Do pierwszej klasy szkoły handlowej chodziłem jeszcze w Białymstoku, ale zawaliłem rok, bo nie było komu pomóc mi w nauce. W Wołkowysku przyjęto mnie do szkoły na pierwszy rok bez żadnych egzaminów wstępnych. Do wybuchu wojny w 1939 r. zdążyłem ukończyć trzy klasy. I nie zdążyłem z tą czwartą, ostatnią, przez to zawalenie jednego roku oraz wojnę i nie zdobyłem średniego wykształcenia.

Pokochałem Wołkowysk, bo wokół niego rozciągały się lasy, wszędzie i dookoła, opodal miasta płynęła piękna, czysta rzeka Roś, nad którą spędzałem każdy wolny czas, w której kąpałem się, po której pływałem kajakiem, nad którą łowiłem ryby.

Miałem prawie osiemnaście lat, kiedy po 17 września 1939 r. przyszli Sowieci. Bolszewicy podzielili ludność na Białorusinów i innych sobie oddanych oraz na ludność wrogą, głównie polską osadniczą, która przyjechała na te tereny, po 1920 r.: rodziny wojskowych, policjantów, leśników, uprzywilejowane przez polskie władze. I te rodziny wywożono w głąb Rosji w 1940 r. Mego ojca zaliczono prawdopodobnie do wojskowych, skoro bił bolszewików pod Warszawą, a ponadto do nowo osadzonych na tej ziemi. Ojca aresztowano i wywieziono w głąb Rosji. Bezpieka NKWD każdego prześwietliła. Ojciec i tak miał szczęście, że w tym czasie nie zginął. Zdarzały się wypadki, że ludzi rozstrzeliwano na miejscu, głównie policjantów, a przede wszystkim naczelników więziennych i wysokich urzędników. Ojca załadowano do wagonu towarowego z dziurami w podłodze na odchody, w czterdziestostopniowym mrozie.

Poznałem jego głos

Matka, bojąc się, aby i nas nie spotkał ten sam los, zapakowała tylko to, co zdołała udźwignąć, i wyjechała z nami do Kulesz, do swoich rodziców. U dziadków przezimowaliśmy, a na wiosnę wróciliśmy - matka znalazła pokoik w Starosielcach, u swoich serdecznych przyjaciół Zofii i Antoniego Taleckich, i tam zamieszkaliśmy. Antoni Talecki był rzeźnikiem. Ja pracowałem na różnych budowach jako pomocnik murarza: nosiłem cegły, robiłem zaprawę murarską i wszelkie inne prace fizyczne. Zarabiałem osiem rubli dziennie, bochenek chleba kosztował cztery. A raz miałem pecha, bo majster - łotr ulotnił się z wypłatą. Cóż miałem zrobić, w ten sposób przyuczany do życia, popłakałem trochę.

Matka wstawała o godzinie czwartej rano i szła do sklepu w kolejkę. Kupowała, co przywieźli: naftę, sól, wódkę, czasami cukier, a potem wymieniała to na inne produkty żywnościowe, przywożone do miasta przez chłopów. Działo się tak do czerwca 1941 r. Niemcy uderzyli na Rosję, zajęli Kaukaz i zatrzymali się pod Moskwą i Leningradem. Wówczas wrócił ojciec.

Ojciec wrócił do Wołkowyska, ale tam nas nie zastał. Domyślił się, że przenieśliśmy się do Starosielc. Przyjechał do Starosielc i poszedł do Taleckich, by o nas zapytać. Jakież było jego zdziwienie, że byliśmy, że mieliśmy u nich swój pokój. Gdy wszedł ojciec, nie poznałem go. Pomyślałem, że człowiek chodzi po prośbie. Był malutki, zgarbiony, miał długą, siwiejącą brodę, a na sobie mocno zniszczony kożuszek. Ten kożuszek zabrał jeszcze z domu. Dopiero, kiedy odezwał się, poznałem jego głos. Wszyscy zaczęli płakać z radości, rzuciliśmy się sobie na szyję.

Kiedy ochłonęliśmy, matka postawiła przed ojcem talerz zupy i kawałek chleba. Bała się, by większa ilość jedzenia nie zaszkodziła mu. Był zagłodzony. Ważył czterdzieści kilogramów. Wracał z Rosji prawie dwa miesiące. Jechał, czym się dało: pociągami towarowymi, samochodami, wiele kilometrów szedł pieszo, lasami, błotnistymi bezdrożami przez żyto. Jadł to, co znalazł: ziarna zbóż, warzywa, owoce, czasem ktoś dał mu kawałek chleba i talerz zupy. Szedł, żebrząc, ale doszedł, zachował jeszcze tyle sił, że wrócił.

Pracował jako więzień w kamieniołomach pod turecką granicą. Każdego dnia musiał wyrobić ciężką normę: natłuc ileś tam kamieni, ociosać głaz lub wywiercić odpowiednią ilość otworów. Gdy nie wykonało się normy, nie dostawało się jedzenia. Ale ojciec wyrabiał z normą. Chleb, który dostawał, chował zawsze pod pazuchą. Kładł go na piersi pod bluzę, by nie być okradziony z niego przez współtowarzyszy - ruskich przestępców. Pewnego razu, kiedy spał na pryczy, poczuł, że ktoś mu wyciąga kożuszek spod głowy. Poderwał się i wyrwał go złodziejowi. Innym razem chciano ukraść mu buty. Więc potem, gdy szedł spać, wkładał buty na nogi.

Jedzenie mieli podłe: karmiono rozgotowaną kaszą, polaną olejem, kukurydzą, czasami zupą z mąki, w której pływały nitki makaronu. Kartofli nie było. Wieczorem i rano dostawali porcję chleba i gorzką kawę z mielonego palonego zboża. W domu, po miesiącu, ojciec zaczął przybierać na wadze. Skóra na twarzy wybieliła się i tak, powoli, doszedł do siebie. Poszedł do pracy na kolej, bo trzeba było z czegoś żyć, poza tym u Niemców każdy musiał pracować.

Niemcy nakazali wszystkim zarejestrować się i zgłosić do pracy. Nie zrobiłem tego, bo Niemcy wywozili młodych mężczyzn na roboty do Rzeszy. Poszedłem do wsi Przytulanka, pięć kilometrów od Moniek, do swojej ciotki Marysi Lewkowskiej z domu Waszkiewicz (była sama, bo jej mąż Antoni Lewkowski trafił jako żołnierz w 1939 r. do niemieckiej niewoli) i pracowałem na gospodarstwie. Ciotka miała jedynie chłopczyka trzy-czteroletniego, więc potrzebowała kogoś do pracy. Początkowo pracowali u niej mój brat Władysław, mój brat Janek, co to utykał na nogę, a potem ja. Janek, jako mały chłopiec, spadł z konia na wakacjach u dziadków w Kuleszach. Uderzył w kamień kolanem i został kaleką do końca życia.

Opór

Bez kłopotu wyrobiłem sobie paszport w Trzciannym, tj. w gminie, do której należały Kulesze, bo w Kuleszach mieszkali dziadkowie, tamże urodziłem się. W Przytulance nie siedziałem ciągle, często byłem w Kuleszach u dziadków lub na Zubolu u swoich stryjów, bo też i trochę handlowałem czym popadło, na przykład materiałami na suknie czy ubrania. Wymieniałem kosy, gwoździe na żywność, którą przynosiłem do domu w Starosielcach.

Zajmowaliśmy już część domu przy ulicy Warsztatowej 7 w Starosielcach, którego właścicielami byli Kozłowscy. Stary Kozłowski był murarzem. Wcześniej, gdy byliśmy zakwaterowani formalnie u Taleckich, w domu tym mieszkała Genowefa Wysocka, bratowa Taleckiej. Kiedy przyszli Niemcy, to ona zamieniła się z moimi rodzicami na lokale w kwaterunku i zamieszkała z rodziną. W domu matki i ojca było ciężko, więc dwa, trzy razy w miesiącu przynosiłem ze wsi żywność: słoninę, masło, mięso, mąkę. W ciągu nocy przechodziłem czterdzieści kilometrów w jedną stronę, a w następną noc wracałem czterdzieści kilometrów. W ciągu dnia Niemcy rewidowali ludzi, spotkanych na drodze, i zabierali im to, co nieśli. A w nocy to bali się wychodzić ze swoich placówek, ogrodzonych kolczastym drutem, bo działała już partyzantka.

Gdy brat Władysław wrócił z Przytulanki do domu, podjął pracę na kolei jako spawacz. Żył dobrze ze swoim majstrem - Niemcem. Od czasu do czasu dawał mu czy to kawałek słoniny, czy to gomółkę masła lub mięso, które dostarczałem ja ze wsi Przytulanka. Ten majster wysyłał paczki żywnościowe do swojej rodziny w Rzeszy, bo im tam w Niemczech też brakowało jedzenia. Ten majster był spawaczem z zawodu, ale w Starosielcach jedynie kierował robotami. Później, kiedy wróciłem ze wsi do domu, na początku 1944 r., brat załatwił mi u niego bez trudu pracę. I też pracowałem na kolei, u tego Niemca, jako spawacz.

Jeszcze będąc u ciotki w Przytulance, dowiedziałem się od sąsiada Stanisława Roszki o grupie oporu we wsi, którą on prowadził. Sąsiad powiedział, że utrzymuje kontakt z jakimś łącznikiem o pseudonimie Wilk, który ma radio i słucha wiadomości "Wolnej Europy", nadawane z Londynu. Że grupa posiada broń i amunicję, głównie karabiny ruskie, a niektóre z nich mają poucinane lufy, żeby łatwiej było schować je pod ubranie. Że posiadają również granaty, pochowane pod strzechami chlewików, obór i stodół. Roszko pokazał mi swój karabin, wyjęty ze schowka pod strzechą spichlerza ze zbożem i kartoflami.

Jego grupa spotykała się w lesie w umówionych miejscach. Jako że był po wojsku, uczył chłopaków ze wsi, jak posługiwać się karabinem, granatem, pistoletem. Miał kontakt z innym, podobnym konspiratorem, ale jego nazwiska nie znał. Posługiwali się pseudonimami i oczekiwali na rozkazy. Ten łącznik należał prawdopodobnie do leśnej partyzantki i czasami odbierał zebraną żywność. Raz jeden zjawił się dowódca okręgu AK Aleksander Rybnik - jak się później dowiedziałem (Rybnik zginął po wojnie, na przesłuchaniach w Urzędzie Bezpieczeństwa; jego pomnik stoi dziś pod kościołem w Starosielcach). Dla niego zorganizowaliśmy furmankę i tą furmanką został on przewieziony nocą do wsi Letniki w Puszczy Knyszyńskiej. Przyłączyłem się do grupy Roszki. Przybrałem sobie pseudonim "Wrzos", jak wrzos leśny: delikatny, skromny i piękny, i łatwy do podeptania.

Później, kiedy do grupy werbowano kogoś nowego ze wsi lub okolicy, to ja przyjmowałem przysięgę. Byłem na tym terenie obcy, niektórzy sądzili, że przyszedłem z lasu i chodzę do lasu, więc miałem większy posłuch niż sąsiad Roszko. A mnie rzeczywiście nie bywało we wsi przez dłuższy czas, wtedy, kiedy to chodziłem na Zubole lub do Kulesz ze słoniną. Dodam tu, że już po wojnie Roszko ożenił się z moją ciotką Bronisławą.

Na Zubolu znowuż mój stryj Izydor miał kontakt z jakąś grupą i posiadał broń, ukrytą w schowku pod podwaliną domu. Przekazywaliśmy sobie wiadomości. Żadnych akcji dywersyjnych nie prowadzono, bo Niemcy nie robili ludziom nic złego na tym terenie. Jednak nocami organizowano marsze po wsiach większych grup partyzanckich, podczas których przestrzeliwano od czasu do czasu karabin. Wiadomości o takich przemarszach rozchodziły się błyskawicznie i Niemcy, skupieni na placówkach przy gminach, bali się poruszać po zmierzchu. Jesienią 1943 r. między Knyszynem a Starosielcami wysadzono w powietrze pociąg towarowy, ale żadna z grup oporu nie przyznała się do tego czynu. Nasi partyzanci nie posiadali odpowiedniego wyposażenia: trotylu, spłonek. Zamachu mogli dokonać jedynie dywersanci ruscy, zrzuceni na spadochronach na tyły wroga, w Puszczę Knyszyńską.

Niemcy mieli wtedy dobrego stracha, front zbliżał się z każdym dniem. Po torach kolejowych chodziły wzmocnione patrole niemieckie też i w dzień. Czuło się burzę w powietrzu.

Dostałem w twarz

Po powrocie na stałe z Przytulanki do Starosielc nawiązałem kontakt z niejakim Bolińskim, który chodził zawsze z granatem i przynosił wiadomości z Wolnej Europy o froncie na wschodzie i zachodzie. On jeden tylko wiedział, jak duża grupa oporu działa w Starosielcach i instruował, jak ma ona działać. Wiem, że w grupie tej był mój kolega Bernacki, z którym później znalazłem się w szkole oficerskiej (ten kolega pozostał w wojsku i dosłużył stopnia podpułkownika). W grupie był jego brat Władysław i mój brat Władysław (razem zginęli i razem leżą w jednej mogile).

Jako spawacz "u Niemca" miałem polecenie niszczyć tabor kolejowy według własnego uznania. Więc prowadziłem dywersję: po naprawie wagonów niszczyłem i psułem to, co możliwe. Oczywiście nie każdego dnia... Sypałem piasek do maźnic kołowych, wyciągałem zawleczki z klocków hamulcowych, przebijałem węże, doprowadzające parę do hamulców. Wynosiłem z placów kolejowych materiały budowlane, żelazo, węgiel, gwoździe, farby itd. i wymieniałem je na wsi na żywność. Tak działał każdy z grupy przy swoim warsztacie pracy, jeden o drugim nie wiedząc. Znało się tylko najbliższych, a o pozostałych słyszało się jedynie opowieści: Wilk podpalił sztabel desek (to tyle, co piętrowy dom), Wiatr zablokował zwrotnicę. Informacje o podjętych działaniach przekazywało się łącznikowi. Ja mówiłem Bolińskiemu, a on przekazywał dalej na przykład, że Wrzos wyciągnął zawleczki z jednego klocka hamulcowego. Każda najmniejsza dywersja szkodziła wrogowi. Za to groziła śmierć na miejscu. Podobnie działał mój brat Władysław.

Aż nadszedł lipiec 1944 roku.

W lipcu 1944 r. zaczął zbliżać się do Białegostoku front. Niemcy ładowali się na wagony i zaczęli ewakuację. Wtedy to dostałem od Niemca, pilnującego robót, w twarz. Tak, że zobaczyłem wszystkie gwiazdy. I to za to, że mój kolega gdzieś odszedł, a ja sam nie dałem rady załadować na wagon pieca karbidowego do wytwarzania acetylenu. Następnego dnia nie poszedłem do pracy, ukrywałem się przez tydzień. Aż nadszedł front.

Wyszliśmy z piwnicy

Front przechodził tydzień. Chyba nawet dłużej znajdowaliśmy się na linii ognia. Starosielce opanowywali raz Niemcy, raz Ruscy. Obstrzał trwał nieprzerwanie. Z ojcem, matką i bratem Władysławem schowaliśmy się w piwnicy pod podłogą. Dzień w dzień słyszeliśmy lecące i rozrywające się pociski. Początkowo czuliśmy strach, że w nas trafią. Potem zaczęliśmy odróżniać pociski z moździerzy od tych z dział i bałem się mniej. Przeważnie nadlatywały pociski moździerzowe, które po zetknięciu ze ścianą, a nawet z szybą, rozrywały się od razu. Nadlatywały pociski o różnych kalibrach, duże i mniejsze. Z daleka słychać było, jak nadlatują: coraz głośniej wyły, wreszcie tuż-tuż wybuchały. Pomału przyzwyczaiłem się do ich melodii i nawet usypiałem, nie słysząc wybuchającego żelastwa.

Przez cały ten czas jedliśmy jedynie suchy chleb i popijaliśmy wodą. Przy czym chleb oszczędzaliśmy, nie wiedząc, jak długo potrwa front, i czuliśmy się wycieńczeni. Pewnego dnia, kiedy na dłuższy czas zaległa cisza, otworzyłem właz piwnicy i wyszedłem na górę. Cała podłoga zasłana była potłuczonym szkłem. Spojrzałem przez okno. Pod ścianą domu stał żołnierz niemiecki. Miał podwinięte rękawy bluzy, a w hełmie gałązki z liśćmi. Popatrzyłem w bok. A tam stał drugi, taki sam. Gdyby zobaczyli mnie, zastrzeliliby. Po cichutku cofnąłem się spod okna i wróciłem do piwnicy.

I nadszedł ten dzień 26 lipca 1944 r., dzień imienin mojej matki Anny. - Całą noc była cisza. Pewnie Niemców nie ma. Zobaczmy, co się dzieje - powiedziała matka. Wyszliśmy z piwnicy. Wszędzie szkło, brak okien, dach zawalony, rozbite kominy, a ściany domu posiekane odłamkami jak rzeszoto. Na ulicy leżał zabity Niemiec. Już bez butów, sołdaty zabrali.

- Choć pójdziemy do Klepacz - powiedziała do mnie matka. W tej wsi, kilometr od nas, była moja siostra Halina. - Wieś paliła się, czy coś złego ją nie spotkało zobaczymy. Matka wzięła kawałek chleba, owinęła go dużą czystą chustą i schowała ten chleb na piersi pod bluzką. Poszliśmy. Na ulicach prawie wszystkie domy wyglądały podobnie jak nasz, tylko na domach drewnianych nie było znać - tak bardzo jak na otynkowanych - dziur po odłamkach. Po drodze spotkaliśmy dwóch ruskich żołnierzy. I tak doszliśmy do skraju miasta.

Zobaczyłem, że pod jednym z domów stał ruski żołnierz, oparty o ścianę. Pewnie drzemał. I najprawdopodobniej ta drzemka była przyczyną naszego nieszczęścia. Gdy odeszliśmy od niego z siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt metrów, raptem zasyczały kule, potem usłyszałem terkot pepeszy i jęk matki, padającej na ziemię. Tamten żołnierz był chyba równie zaskoczony strzałami, co my.

Matka krzyknęła: - Ręka! - Zobaczyłem, że jej dłoń jest we krwi. Zawinąłem zakrwawioną dłoń chustką, którą miałem przy sobie. Dopiero potem matka krzyknęła: - Noga! - Popatrzyłem. Krew płynęła mocno, cała noga we krwi, rana powyżej kolana. Przestraszyłem się. Nie wiedziałem, czy wiązać powyżej rany czy poniżej. Wyciągnąłem, więc matce tę kromkę chleba, owiniętą chustą, zdjąłem chustę i tą chustą owinąłem ranę, aby powstrzymać krew. Chciałem wziąć matkę na plecy, by nieść, ale nie dałem rady. Byłem słaby, wygłodzony. Wziąłem matkę pod ramiona, uniosłem i pociągnąłem ją nogami po piasku w stronę domów. Co kawałek przystawałem, płakałem. Gdy byłem już w pobliżu domów, zobaczyłem kogoś. Znałem człowieka z nazwiska. Zawołałem, aby mi pomógł. Lecz on uciekł. Ciągnąłem dalej. Wreszcie ktoś podbiegł i powiedział, że niedaleko mieści się wojskowy punkt opatrunkowy. I pomógł mi donieść tam matkę.

Ruski sanitariusz opatrzył nogę i powiedział: - Nada w hospital, a u nas podwody niet. - W tej sytuacji zostawiłem matkę i pobiegłem po brata. Znaleźliśmy nosze u sąsiadów i zanieśliśmy matkę do szpitala w Białymstoku. Siedem kilometrów. Byliśmy bardzo słabi, co parę kroków stawaliśmy, było nam tak ciężko, że aż trudno opowiadać.

W szpitalu nie było miejsca, więc położyliśmy matkę na noszach w korytarzu na podłodze. Matce było zimno, coś podłożyłem jej pod plecy i pobiegłem do domu po koc, bo w szpitalu nie było niczego do okrycia. Po dwóch godzinach wróciłem z kocem.

Lekarz opatrzył już ranę. Kość nie była naruszona, więc wstąpiła w nas nadzieja, że noga zostanie uratowana. Uspokoiłem się, matka miała opiekę lekarską. Co drugi dzień odwiedzałem matkę w szpitalu. Przynosiłem jej to, co siostra, ojciec i brat dostali we wsi za pracę: to kawałek kury, to parę jajek, zupę lub owoce. Matka powoli zaczęła czuć się lepiej, ale rana goiła się źle, ropiała, robiła się granatowa. Tę ropę ściągano knotami, co było bardzo bolesne.

Po miesiącu wypisano matkę ze szpitala z niezagojoną raną. Wkrótce, we wrześniu 1944 roku, dostałem powołanie do wojska. Musiałem iść. Chora matka została z ojcem, siostrą i bratem Władysławem. Chorowity brat Janek był w tym czasie we wsi Przytulanka, u ciotki Maryśki. Matce powoli wyleczono nogę, ale pozostała ona na zawsze granatowa. Matka mocno kulała od tej pory i cierpiała na nogę do końca życia.

Znalazłem się w 4 zapasowym pułku piechoty w Białymstoku i tam składałem przysięgę. Umundurowano nas. Z Białegostoku zawieziono nas na Majdanek, gdzie znajdował się punkt zbiorczy żołnierzy, zakwalifikowanych do szkół oficerskich. Miałem w końcu te trzy klasy szkoły handlowej. Na Majdanku widziałem piece krematoryjne jeszcze pełne ludzkich kości, rów w kształcie litery "S" o głębokości pięciu metrów, w którym palono ludzkie ciała, przekładając je drewnem i polewając benzyną. Wszędzie unosił się swąd spalonych ciał.

Zakwaterowano nas w barakach po więźniach. Po tygodniu skierowano nas do Oficerskiej Szkoły Saperów w Przemyślu. W kwietniu 1945 r. byłem już po przeszkoleniu i egzaminach oraz z gwiazdką podporucznika. Otrzymałem przydział do 21 Samodzielnego Batalionu Saperów przy 10 Dywizji II Armii Wojska Polskiego. Dywizja ta brała udział w ofensywie styczniowej, idąc w kierunku Drezna przez Czechosłowację.

Do jednostki dotarłem w Mielniku na Czechach. Zostałem dowódcą 1 plutonu w 1 kompanii. Około 2 maja 1945 r. byliśmy pod Dreznem. Wtedy padł Berlin. Skierowano nas pod Wrocław. Gdy przybyliśmy 7 maja 1945 r., padł właśnie Wrocław. Wojna skończyła się dla większości formacji wojskowych, lecz nie dla saperów. Zginęło jeszcze wielu żołnierzy. Wojna z minami

Przystąpiliśmy do oczyszczania pól minowych z różnego rodzaju min i niewypałów, do naprawy dróg i mostów, do odblokowywania wrocławskich wiaduktów. Mnie przyszło pracować przez prawie cały rok na polach minowych w okolicach Strzelina, Wrocławia i Bolesławca. Potem, zimą, stanąłem na Komendzie miasta Wrocławia i pilnowałem mostów. Do Komendy nadchodziły bez przerwy zawiadomienia od różnych urzędów o dostrzeżonych minach. Osobiście rozminowywałem Ratusz wrocławski, w Państwowej Fabryce Wagonów (PaFaWag) rozbroiłem jednotonową bombę lotniczą, oczyściłem z min piwnice Uniwersytetu Wrocławskiego i rozminowałem zajezdnię tramwajową. Po latach, od władz miasta, otrzymałem odznakę "Budowniczy Wrocławia", przyznaną przez miejską Radę Narodową.

Pamiętam dobrze prace minowe na polach Strzelina. Nie mieliśmy żadnej dokumentacji o założonych przez Niemców minach. Potrzebne było przeczucie, gdzie te miny poukrywano. Wiadomo było tylko, że są. Na niektórych polach stały tabliczki: "Zdies miny".
Leopold Sobolewski (z prawej)

Zawsze wchodziłem pierwszy na pole minowe. Tym razem również tak było. "Szczupem", czyli takim kijem o długości czterech metrów, zakończonym szpilką metalową, wybadałem przejście do obranego punktu pola. Tam wbiłem kołek w ziemię, wysoki na metr, i na tym kołku umieściłem minę przeciwczołgową, zawierającą pięć kilogramów trotylu. Wróciłem na miejsce i poderwałem minę. Wybuch spowodował eksplozje min przeciwpiechotnych, ukrytych w promieniu sześciu-siedmiu metrów, najgorszych dla sapera. Jakież było moje zdziwienie, gdy wyleciał w powietrze również wbity przeze mnie kołek. Gdybym wbijał go pięć centymetrów w prawo, zostałbym bez nóg.

W ten sposób szukaliśmy początku pola minowego. Wybuchy wskazywały, gdzie zaczyna się pole. Dzięki temu wiedziałem, jak ustawić żołnierzy do pracy. Zawsze, przed przystąpieniem do roboty, pouczałem żołnierzy, że nie wolno się śpieszyć, że jeżeli ktoś nie jest pewien, że usunie zapalnik, niech nie ryzykuje i niech zgłasza się do mnie. Powtarzałem ciągle, że saper myli się tylko raz.

Kiedy indziej wszedłem na pole minowe i zauważyłem granat przeciwczołgowy. Podniosłem go bezmyślnie. Coś mi powiedziało, że to niewypał. Spociłem się cały. Rozejrzałem wokół siebie, szukając jakiegoś zagłębienia w terenie. Na szczęście było takie po uprzednim wybuchu. Delikatnie przesunąłem tam dłoń, puściłem granat i padłem na ziemię. Nastąpił wybuch. Żołnierze, oddaleni ode mnie o około trzydzieści metrów, przybiegli bladzi jak trupy. A ja jeszcze leżałem. - Panie poruczniku, co się stało? - Lekko podniosłem się. - Pamiętajcie, nigdy nie wolno dotykać niewypałów! - powiedziałem. Jestem przekonany, że gdyby na moim miejscu znalazł się żołnierz mniej doświadczony, nie przeżyłby.

Innym razem pracowaliśmy w dużym upale. Żołnierze pozdejmowali bluzy, a ja położyłem się w płytkim wąwozie, porośniętym trawą. Jakoś nie przyszło mi do głowy sprawdzić tę trawę. Po jakimś czasie przyszedł do mnie mój zastępca, sierżant Caruk, który pochodził ze Lwowa. Popatrzył na ziemię, potem na mnie, i zapytał: - Pan porucznik to sztywny w nogach jest? - Potem podłożył swoją stopę pod moją, chwycił za rękę i silnie pociągnął. Kiedy już stałem, chwycił mnie w pół i powiedział: - Pan porucznik patrzy, na minach leżał!

Rzeczywiście, jedna mina znajdowała się tam, gdzie jeszcze niedawno moja głowa, druga gdzieś przy pasie, a trzecia w nogach. W tym wąwoziku zdjęliśmy dwanaście min przeciwpiechotnych. A ja mogłem twierdzić śmiało, że strzegł był mnie dobrze Anioł Stróż. Po zakończeniu prac na polach minowych Wrocławia, latem 1946 roku, mój batalion przerzucono w Bieszczady, do budowy granicy polsko - bolszewickiej. Tam też nie było spokoju. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Baligrodu, zobaczyliśmy przed sobą smugi rakiet. To oddziały UPA powiadamiały się o nadchodzącym wojsku. Po drodze napotykaliśmy porozbijane mostki, większe popalono tak, że musieliśmy brodzić po ciekach wodnych w głębokich wąwozach. Do miejsca przeznaczonego dotarliśmy, więc z pewnym opóźnieniem. Rozbiliśmy obozowisko i od następnego dnia rozpoczęliśmy nasze prace: wycinaliśmy las przy pasie granicznym, w wyznaczonych przez geodetów miejscach kopaliśmy doły na słupki graniczne, ścięte drzewa malowaliśmy w biało-czerwone paski, przytwierdzaliśmy do nich orzełki i takie to słupy wkopywaliśmy do ziemi. To była ciężka praca, szczególnie przy słabym wyżywieniu. Żołnierze dożywiali się jagodami, zbieranymi po drodze. Bywało, że żołnierz przez cały dzień pracy nie dawał rady wykopać dołu o głębokości jednego metra. A kiedy natrafiało się na skałę, rozsadzaliśmy grunt materiałem wybuchowym. Słup musiał stać przecież w wyznaczonym miejscu. Jabłko i góry białe w słońcu

Pracowaliśmy bez przeszkód gdzieś ze trzy tygodnie. Aż pewnego wieczora, kiedy wszyscy poukładaliśmy się spać, rozległy się strzały. Ostrzeliwano nasze namioty. Powypadaliśmy z nich i odpowiedzieliśmy ogniem. Każdy strzelał gdzie popadło, gdzie wydawało się, że jest wróg - banderowiec, czyli na oślep. Więcej tego typu ataków nie zanotowaliśmy.

Pewnego razu żołnierze wieźli prowiant z Baligrodu. Na drodze zostali ostrzelani z pobliskich wzgórz. Odpowiedzieli ogniem. Zabito wówczas dwa nasze konie, żaden żołnierz nie zginął.
Leopold Sobolewski (siedzi w środku)

Kiedyś zostałem sam z trzema żołnierzami o kilka kilometrów od jednostki. Dla potrzeb dokumentacji fotografowaliśmy słupy graniczne. Zaskoczył nas mrok. Zdecydowałem przejść na stronę sowiecką. Doszliśmy do strażnicy i tam, sympatycznie przyjęci, zanocowaliśmy.

Gdzieś w październiku 1946 roku zakończyliśmy budować granicę i zeszliśmy z gór w dolinę Sanu. Następnego dnia z rana stałem pod jabłonką, na której znalazłem jabłko - ależ ono mi smakowało - i popatrzyłem na góry: były białe w słońcu, pokrył je pierwszy śnieg. W tym czasie mój młodszy brat Władysław nie żył już od ośmiu miesięcy. Po moim powołaniu do wojska poszedł do leśnej partyzantki, bo posłuchał tych kapłanów z Londynu, przez których zginęło tysiące ludzi w powstaniu warszawskim i w kraju. AK zostało rozwiązane, ściśle mówiąc zawiesiło swoją działalność w lipcu 1944 roku, ale niektórym watażkom nie spodobało się to i działali dalej na własną rękę. Do takiej grupy wstąpił mój brat w najlepszej wierze, że walczy o wolność kraju.

Ktoś zdradził

Raz jeden spotkałem się z nim wtedy. Dostałem kilkudniowy urlop i przyjechałem do Kulesz. Akurat w tym dniu partyzanci zjawili się we wsi. Brat przyszedł do dziadków wieczorem. Ucałowaliśmy się. Był rozdygotany, nerwowy, ręce mu drżały. Wpadł tylko na kilka chwil, pożegnał się ze mną i poszedł do swoich, którzy moim zdaniem nie byli już żołnierzami. Tak wyglądało nasze ostatnie spotkanie.

Kiedy ja rozbrajałem miny we Wrocławiu, 26 lutego 1946 r. bezpieka napadła na oddział partyzancki, w którym działał mój brat. Ktoś ich zdradził. Sześciu ich zginęło. Bardzo przeżyłem śmierć brata.

Niestety nie znam szczegółów, żadnych bliższych okoliczności tego wydarzenia. Słyszałem, że cała grupa zginęła pod wsią Morusy niedaleko Krypna i Knyszyna. Młodzi chłopcy, bez żadnego przygotowania wojskowego, zostali otoczeni przez bezpiekę. Ukryli się w dole. Do tego dołu ubowiec wrzucił granat i wszystkich sześciu zabił. Dowódcy grupy, porucznika Jura, nie było z nimi.

Podejrzewam, że ktoś ich wydał. Ciążyli przecież okolicznej ludności, która musiała ich żywić. Później dowiedziałem się, że ich dowódca Jur nazywał się Piotrowski. Jeżeli to Piotrowski z rodziny, którą znałem, to jego ojciec był odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Ten ojciec pracował jako urzędnik kolejowy w Starosielcach i przed wojną paradował z orderem na wszystkich defiladach. Młody Piotrowski, podobnie jak i ja, został powołany do wojska i skierowany do Oficerskiej Szkoły Saperów, ale po miesiącu cały pluton, w którym on służył, uciekł z wojska. Pamiętam, jak ich poszukiwała cała szkoła. Mieli szczęście, że się im udało.

Przeglądałem książkę o działalności AK na Białostocczyźnie. Znalazłem w niej wzmiankę, że jakiś tam Piotrowski dowodził grupą w okolicach Knyszyna i Moniek. Nic poza tym.

Dziś, 24 km od Białegostoku, w Krypnie, 4 km od Knyszyna, znajduje się bratnia mogiła z pięknym pomnikiem, postawionym w nowej Polsce przez pamiętających, przez Światowy Związek Armii Krajowej w Knyszynie, ze składek związkowych i ofiar społeczeństwa. Na pomniku jest tabliczka: "ufundowany z ofiar społeczeństwa" i napis: "Tu spoczywają żołnierze Armii Krajowej polegli za wolność". Kilka nazwisk i On - mój brat: Sobolewski Władysław, ps. Janek, lat 19, "żołnierz Armii Krajowej z oddziału por. Jura".

Chyba przyczyniłem się do powstania tego pomnika. W 1989 roku byłem na cmentarzu w Krypnie. Sadziłem kwiaty na grobach. Wtedy podszedł do mnie jakiś człowiek i zapytał, kim jestem. Odpowiedziałem. A potem powiedziałem mu, że miejscowa organizacja AK powinna położyć partyzantom choćby kamień z napisem, w końcu kamień - nie problem, na okolicznych polach leżało kiedyś mnóstwo dużych kamieni. - Teraz pewnie takich nie ma - wyraziłem przypuszczenie. Ten człowiek odpowiedział, że i dziś znajdzie się kamień. Nie przedstawił się, ale domyślam się, że był to ktoś z zarządu miejscowego AK. Rozmawialiśmy wiosną, a już jesienią pomnik stanął, a w jego odsłonięciu uczestniczyła delegacja z Białegostoku.

Elegancka garbardyna

Brat nie żył, a my w końcu 1946 roku, po zakończeniu budowy granicy, wróciliśmy do koszar, do Jeleniej Góry. Zaczęła się demobilizacja. Mogłem zostać w wojsku, awansować, ale za bardzo śmierdziało mi ono komuną. Poprosiłem o zwolnienie do cywila i w marcu 1947 roku wróciłem do domu.

Odchodząc ze służby, dostałem garbardynę na uszycie munduru wojskowego. Ale po co był mi mundur? Uszyłem garbardynową marynarkę sportową i bryczesy. Do tego miałem nowe buty. Wyglądałem elegancko i byłem z tego powodu bardzo zadowolony. W domu zastałem biedę, mimo to wszyscy dawali sobie jakoś radę. Matka cierpiała na nogę, ciągle granatowo-siwą. Nacierała ją maściami i owijała, bo było jej w nią zimno. Ojciec też chorował. Ojciec i brat Janek pracowali na kolei, siostra chodziła na kurs fryzjerski. Musiałem pomyśleć o swojej przyszłości. Zaproponowano mi pracę urzędniczą na kolei, ale chciałem się uczyć, ukończyć jakąś szkołę.

W 1947 r. pojechałem do Olsztyna, by dostać się do technikum kolejowego. Powiedziano mi tam, że jestem za stary. Po tygodniu spotkałem dwóch kolegów - wojaków, w takiej samej sytuacji jak ja. Uzgodniliśmy, że pojedziemy do Wrocławia, do technikum budowlanego (w Białymstoku nie było wówczas takich szkół). Wyruszyliśmy w 1948 r. Po wstępnym, krótkim egzaminie mnie przyjęto, lecz ich nie. - Chyba nie zostaniesz tu sam - powiedział jeden z kolegów. - Przyjechaliśmy razem i musimy znaleźć coś dla wszystkich. Mam siostrę w Toruniu, nauczycielkę, ona nam pomoże. Jesienią 1948 r. pojechaliśmy do Torunia. Dwa dni spaliśmy na podłodze, ale zostaliśmy przyjęci na roczny kurs przygotowawczy na wyższą uczelnię. Po roku ukończyliśmy ten kurs i w 1949 r. zostaliśmy studentami pierwszego roku Wydziału Biologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Leopold Sobolewski (z lewej)

Co piękne... niedługie

Po ukończeniu studiów w 1952 r., na kierunku botanika, postarałem się o przydział pracy w rolnictwie, bo płace tam były wyższe niż w szkolnictwie. Ożeniłem się i jeszcze przez rok mieszkałem w Toruniu, gdyż żonie został rok do ukończenia tam studiów. Do pracy dojeżdżałem do Bydgoszczy. Golgota: z Bydgoszczy wyjeżdżałem w teren, chodziłem po wioskach i uzgadniałem sprawy zagospodarowania użytków zielonych. Do tej pracy nie były potrzebne żadne studia. Rano wyjeżdżałem o piątej i wracałem o piątej po południu lub później, w zależności od pociągu. Przeklinałem tę pracę, byłem załamany i wykończony fizycznie.

Po ukończeniu studiów tych samych, co moje, tylko na kierunku zoologia, żona dostała propozycję przydziału pracy do szkoły w Lęborku, co i mnie odpowiadało. Mogłem podjąć pracę w niedalekim Wejherowie, w tym samym przedsiębiorstwie, co w Bydgoszczy. Tylko, że znowu dojeżdżałem. Do tego rozpocząłem zaoczne studia w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. Zarabiałem trochę więcej niż inni, ale kosztem zdrowia. Horror trwał ze trzy lata, a potem nastąpiła reorganizacja przedsiębiorstwa. Zostałem przeniesiony do Wydziału Rolnictwa Rady Narodowej w Lęborku i nareszcie odetchnąłem. Zacząłem normalnie żyć. Pracowałem od ósmej do piętnastej, obiad jadłem o czasie, życie stało się inne.

Po trzech latach, w 1956 r., ukończyłem studia na WSR w Olsztynie, tym razem już z tytułem inżyniera rolnictwa. Zaczęło być pięknie. W 1962 r. kupiliśmy samochód na raty, moskwicza. Co roku gdzieś jeździliśmy: po kraju lub też za granicę. Syn dobrze się uczył. Ludzie zazdrościli nam wszystkiego. Ale to, co piękne, nigdy nie trwa długo. Dały o sobie znać dawne lata. Zachorowałem na wrzody dwunastnicy, ale jakoś wyszedłem z choroby. W małżeństwie też nie działo się najlepiej.

W pracy zaczęto naciskać na mnie, abym wstąpił do partii. Mogłem zajść wysoko w służbowej hierarchii. Nie chciałem tego zrobić, więc podstawiano mi nogi, pomijano w awansach, aż w końcu zawisła nade mną groźba zwolnienia. W międzyczasie przyznano mi odznaczenie "Zasłużony dla Ziemi Lęborskiej". Demonstracyjnie nie przyjąłem tego odznaczenia, więc zostałem zdjęty z zajmowanego stanowiska.

Musiałem szukać zajęcia w innym powiecie. W 1976 r. przyjęto mnie do Wojewódzkiego Ośrodka Postępu Rolniczego w Lubaniu koło Kościerzyny. Moim terenem pracy był powiat lęborski i tylko raz w miesiącu dojeżdżałem do Lubania na odprawy i narady robocze. Pracę pamiętam jako nową i ciężką, ponieważ musiałem uczyć się wielu nieznanych mi działów rolnictwa i umieć odpowiadać na specjalistyczne pytania. Po dwóch latach zgłębiłem tę wiedzę i zacząłem zbierać pochwały od przełożonych.

W 1980 r. zmarł mój chorowity, kulejący brat Janek. Wpierw pracował na kolei jako kancelista, potem przeniesiono go służbowo do Polanicy Zdroju, gdzie pracował jako kasjer biletowy na dworcu kolejowym. Owdowiał prędko, miał syna Jerzego, o rok starszego od mojego syna. Ożenił się po raz drugi w Kłodzku. Zachorował na cukrzycę, ale zmarł na zawał serca w wieku 56 lat. Został pochowany w Kłodzku.

A w kraju zaczęła działać "Solidarność". Ja zachorowałem na prostatę. W tymże roku umarł mi ojciec. Chora matka została sama. Siostra Halina osiadła w Czarnej Białostockiej, trzydzieści kilometrów od Białegostoku. Wyszła za mąż za technika budowlanego, ale okazało się, że był on chory na gruźlicę i szybko zmarł. Wyszła za mąż po raz drugi - za wdowca, pochodzącego ze wsi Przytulanka, brata Stanisława Roszki... o nazwisku Rożko, imieniu Antoni. Kto by miał tam głowę w rodzinie do jednolitej pisowni nazwiska w urzędowych papierach.

Zająłem się obłożnie chorą matką. Do siebie, do Lęborka, nie mogłem jej zabrać. Musiałem wyjechać do Starosielc. Po trzech latach, w 1990 r., matka umarła. Żona wystąpiła o rozwód. Po rozwodzie w 1993 r. poprosiłem siostrę cioteczną, aby zabrała mnie do siebie. W ten oto sposób powróciłem do Starosielc.

Mieszkam u córki mojej ciotki Genowefy Sadowskiej. Moja gospodyni nazywa się Anna Parejko, jej mąż ma na imię Zygmunt. To dobrzy ludzie. Ich dzieci: Agnieszka jest w szóstej klasie, a Wojtek w czwartej. Oboje z żoną odnoszą się do mnie z szacunkiem, szczególnie Hanka. Jeżeli nie może pomóc dzieciom w nauce, to przychodzi do mnie i prosi o wsparcie. Parejkowie czasem lubią zrobić wystawne obiady. Hanka stara się, by jej kuchnia smakowała mi. Hanka ma stały kontakt z Basią - córką swojej siostry Heleny, która jest w USA. Bywa, że przygotowują wspólne obiady. Helena, co jakiś czas dzwoni ze Stanów i co może, to podsyła. Hanka ma jeszcze brata Bogdana Sadowskiego, który kiedyś był stolarzem, teraz pracuje jako ochroniarz, a jego żona Danuta jest przełożoną pielęgniarek w szpitalu dziecięcym. Mieszkają z dziećmi w pięknej willi po rodzicach Danki. Wszyscy często odwiedzają się. Z Czarnej Białostockiej przyjeżdża moja siostra Halina. Dzieci nie ma. Halina pracowała w jakichś zakładach wojskowych, skaleczyła trwale rękę, teraz ma swoją emeryturę, a jej mąż swoją. I dają sobie radę.

Kiedyś, kiedy byłem małym chłopcem, siedziałem z bratem Jankiem na ławce przed domem. Przyszła Cyganka, weszła do mieszkania. Potem, wychodząc z matką, popatrzyła na nas i powiedziała: - Jeden będzie miał dwie żony, a drugi będzie na starość samotny. - Na to gadanie nikt nie zwrócił uwagi. Pomyślałem wtedy, że Cyganka plecie, co jej ślina na język przyniesie. Przepowiednia Cyganki sprawdziła się: brat miał dwie żony, a ja zostałem samotny jak ta polna grusza. Skąd ta Cyganka to wiedziała? Jaki ten świat tajemniczy. Mogę tylko wierzyć i wierzę, że człowiek, rodząc się, otrzymuje marszrutę swojego życia, na której wypisano, co go czeka. I to wszystko, co zaplanowane, musi go spotkać i spotyka. Wszystkie zapisane radości, bóle, kłopoty przeżywa. Nawet o pół kroku nie odstępuje od swego przeznaczenia, bo taki, bo to jest jego los.

Inni zdobyli więcej. Ale ja niczego nie pragnąłem i nie otrzymałem więcej. Dziękuję Bogu za to, że żyję, że miałem trochę jasnych dni w życiu. Było mi często pod górkę. A przecież posiadałem uzdolnienia malarskie (moje obrazy wiszą w domu syna), dobry głos.

Nikt tego nie wypatrzył, nie pomógł, nie wskazał właściwego kierunku kształcenia. Zresztą sam za późno odkryłem te umiejętności. Tak miało być. Inni są diamentami, ja piaseczkiem. Takim plażowym, wymytym przez życie. Diamenty dobrze wyglądają na piasku, dzięki temu i piasek nabiera wartości.

Mija mi osiemdziesiąty rok życia. Jestem coraz słabszy fizycznie i zniszczony chorobą, wymagam ciągłej opieki i specjalnego odżywiania. A tak chciałbym zobaczyć po Jerozolimie, Grecji, Półwyspie Iberyjskim i Maroku jeszcze Francję... Ostatnią wycieczkę do Włoch mocno odchorowałem.

Udzielam się w Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i byłych Więźniów Politycznych w Białymstoku. Mam tam dobrych znajomych. Z pułkownikiem Waleśko byłem w jednej, siódmej kompanii w szkole oficerskiej tylko, że on służył w trzecim plutonie, a ja w pierwszym. Członkiem honorowym naszego koła jest pułkownik Urbanowski, odznaczony krzyżem Virtuti Militari za walki pod Kołobrzegiem. W zarządzie jest major Matowicki, który podpadł władzom prawicowym III RP i dopiero niedawno został zweryfikowany jako członek. Jest pani Rogalska, która prowadzi biuro i załatwia raz w roku zapomogi z funduszu kombatanckiego na lekarstwa, opał i inne potrzeby dla osób z emeryturami poniżej 600 zł.

Jestem przewodniczącym komisji odznaczeń w kole i typuję ludzi do odznaczeń i awansów. Oczywiście mnie typuje kapituła: płk Waleśko, mjr Matowicki, płk Urbanowski - do odznaczenia "Za rozminowanie kraju". W tej chwili posiadam: 1) Medal Zwycięstwa i Wolności; 2) medal ruski "My Pobiedili"; 3) Odznakę Grunwaldzką; 4) Odznakę AK za Akcję Burza; 5) Krzyż Armii Krajowej; 6) Odznakę "Budowniczy Wrocławia"; 7) Złoty Medal za Walkę z Powodzią; 8) Medal za Odrę, Nysę i Bałtyk; 9) Krzyż Związku Kombatantów; 10) Krzyż Weterana Walk; 11) Brązowy Krzyż Zasługi.

I tyle. Choć o każdym medalu czy krzyżu można by opowiadać...

Białystok, październik 2001

Wyszukał i opracował Arkadiusz Studniarek

e-Monki.pl © a. studniarek