Wspomnienia Mieczysława Litwinko

9 lipca 1942 r. do domu zapukał sołtys Bronisław Karłuk przynosząc skierowanie na roboty przymusowe do Niemiec. Miałem wtedy 19 lat. Nie dano zbyt dużo czasu na uporządkowanie swoich spraw, gdyż już następnego dnia wraz z kilkoma kolegami ze wsi i okolic ruszyliśmy piechotą do Knyszyna. Stamtąd już koleją dotarliśmy do Białegostoku. Po wyjściu z pociągu i przedstawieniu dokumentów skierowano nas do obozu przejściowego znajdującego się niedaleko dworca. W Białymstoku spędziliśmy cztery dni. Z wyżywieniem było krucho, ale na szczęście mieliśmy jeszcze prowiant z domu. Nadszedł czas wyjazdu. Ja z kilkoma znajomymi dostałem skierowanie do Królewca, a reszta kolegów pojechała w kierunku Olsztyna. Około południa 14 lipca zaczęto ładować nas na wagony. Najpierw jechaliśmy w zwykłych wagonach "bydlęcych", a następnie przesadzono nas do wagonów osobowych. Do Królewca przyjechaliśmy nocą, pamiętam na ulicach paliły się latarnie. Następnie zaprowadzono nas do jakiegoś urzędu, gdzie przydzielano do poszczególnych prac. Każdemu rozdano po kilka skrawków materiału, na którym naszyta była litera P. Litera P oznaczała, że się jest Polakiem. Następnie kazano nam naszyć ją na ubranie. Mnie przydzielono do lżejszej pracy do warsztatu samochodowego, w którym naprawiano samochody wysyłane na front. Nie wolno było Polakom jeździć żadnymi środkami lokomocji, także rowerem. Nie wolno też było słuchać radia.

Pracowałem w warsztacie u Niemca Eddelmana, który znajdował się przy ulicy Generalizmanstrasse 35. Razem ze mną pracowali m.in. Stanisław Kamiński, Edward Jankuć, Piotr Litwinko, 3 Rosjan: Podola, Smirnow, Moskalenko oraz 3 Francuzów. Mieszkaliśmy w baraku w czternaście osób, chociaż barak przeznaczony był dla 10. Do pracy wstawaliśmy przed 6 rano. Do warsztatu chodziliśmy piechotą, a było tam ponad 2 kilometry. Dzień pracy trwał prawie 10 godzin. Z samego początku pracowałem przy czyszczeniu i szlifowaniu łożysk i pokrywaniu ich cyną oraz dorabianiu różnych części do samochodów wojskowych i cywilnych. Po kilku tygodniach zostałem przeniesiony do pracy przy tokarce. Zarabialiśmy tygodniowo w granicach 15 - 18 marek. Jedzenie mieliśmy wydawane na kartki, które otrzymywaliśmy od właściciela zakładu. Gdyby nie paczki żywnościowe z domu ciężko by tam było wyżyć. Zarobione pieniądze przeznaczone były na zakup ubrania, butów oraz żywności.

Po kilku miesiącach, gdy wszyscy się już oswoili z zaistniałą sytuacją zaczęły się masowe ucieczki przymusowych robotników. Najczęściej uciekano nocą, chociaż były tez próby ucieczek w dzień. Pewnego razu uciekło znowu paru Polaków w tym kilku moich znajomych. Niemcy wiedząc o tym oskarżyli mnie o próbę ucieczki i osadzili w więzieniu. Przesiedziałem tam 15 dni. Po wyjściu wróciłem do dawnej pracy.

Po roku Eddelman wybudował warsztat na własnej posesji zaraz przy barakach, w których mieszkaliśmy. Nie musieliśmy, więc już tak wcześnie się zrywać, ale warunki pracy nadal były nie ciekawe. Pierwszy urlop dostałem w grudniu następnego roku. 15 grudnia opuściłem Królewiec. Oczywiście nie miałem zamiaru nigdy tam wracać. Po przyjeździe do rodzinnej wsi przez cały czas musiałem się ukrywać. Prawie każdej nocy spało się gdzie indziej. Przede wszystkim nie wolno było wejść w oczy sołtysowi i trzeba było być wyczulonym na częste łapanki organizowane przez Niemców. Niemcy często przyjeżdżali do wsi szukając zbiegłych robotników. W lipcu do naszej wsi nadciągnął front. Niemcy po wejściu do wioski zabierali wszystkich, kogo tylko napotkali. Akurat ukrywałem się w piwnicy u jednego z gospodarzy, ale i tam mnie znaleźli i razem z resztą mężczyzn wyprowadzili na ulicę. Tam był już tłum ludzi. Następnie goniono nas przed sobą aż do Jadeszek, gdzie przespaliśmy pierwszą noc. Następnie przeprowadzono nas do Goniądza gdzie pracowaliśmy przy kopaniu okopów, wycinaniu drzew. Tam spędziliśmy 2 tygodnie. Następnie przeszliśmy do Rudy pod Grajewo, gdzie wykonywaliśmy podobne prace do tych w Goniądzu. Po wykonaniu zaplanowanych prac zagoniono nas na stację kolejowa do Grajewa. Tam załadowano nas na bydlęce wagony i przewieziono w okolice Ostrołęki. W okolicach Ostrołęki pracowaliśmy prawie cztery miesiące wykonując znane już nam roboty. Kolejny przystanek to Mamonowo. Tam zajmowaliśmy się ładowaniem pocisków do samolotów. Wyżywienie było bardzo słabe. Dostawaliśmy z kuchni polowej rano chleb z masłem i kawę, na obiad zupa, a kolacji z reguły nie było. Wczesną wiosną Mamonowo zostało przejęte przez sowietów. Jednak nie od razu wróciliśmy do domów. Tym razem to Rosjanie "znaleźli nam zajęcie" każąc pracować w zajmowanych przez nich miastach. Pracowaliśmy m.in. w Dobrym Mieście i Sebergu. Pracowano gdzie się dało w piekarniach, młynach, magazynach, warsztatach itd. Dopiero 9 maja 1945 r. w Olsztynie dostaliśmy zbiorową przepustkę wydana przez polskie władze i mogliśmy wrócić do domów. Po przyjściu z robót, a trwało to 12 dni zobaczyłem tylko zgliszcza po domu i reszcie budynków. To był koszmar.

Zebrał Arkadiusz Studniarek

2006 © e-monki.pl & A. Studniarek