Wspomnienia - Henryk Bartlewski

Przedsiębiorca, właściciel ośrodka "Bartlowizna". Urodzony w 1942 r. w Goniądzu na Podlasiu w rodzinie rolniczej. W swoim rodzinnym mieście ukończył szkołę podstawową i liceum. Po maturze wyjechał na studia do Warszawy. Ukończył Wydział Budowlany Politechniki Warszawskiej, uczęszczał także na zajęcia z architektury. Podczas studiów utrzymywał się z pracy w spółdzielniach studenckich. W 1968 r. na krótko aresztowany w czasie wydarzeń marcowych. Od 1970 r. przez 10 lat przebywał w Afryce, pracując na kontraktach budowlanych w wielu afrykańskich krajach. Po powrocie do Polski rozpoczął własną działalność gospodarczą produkując spody obuwnicze. Z czasem rozwinął swoją działalność, zajmując się m.in. budownictwem, handlem nieruchomościami. W 1997 r. rozpoczął tworzenie w Goniądzu ośrodka turystycznego: wybudował m.in. "Karczmę Bartla", pensjonat, hotel. Mieszka w Warszawie i w Goniądzu.

Po spędzeniu w Afryce około 10 lat przyjechałem do Polski w roku 1980, kiedy zaczęły się już strajki solidarnościowe, i założyłem swoją własną fabrykę - najpierw tworzyw sztucznych.

Nazywam się Henryk Bartlewski. Urodziłem się w październiku roku 1942 w Goniądzu i tu skończyłem szkołę ogólnokształcącą. Po skończeniu szkoły średniej wyjechałem do Warszawy, chodziłem na Wydział Inżynierii Budowlanej Politechniki Warszawskiej, który skończyłem chyba w roku 1967. Później jeszcze dwa lata chodziłem na Wydział Architektury. Od 1967 roku zacząłem też pracować w KBM "Śródmieście" - budowałem domy. W roku 1971 wyjechałem do Afryki. Byłem w wielu krajach: Libii, Iranie, Iraku, Tunezji, Mauretanii, Senegalu, Dahomei, Angoli, Kenii, Kongo, Wybrzeżu Kości Słoniowej. Po spędzeniu w Afryce około 10 lat przyjechałem do Polski w roku 1980, kiedy zaczęły się już strajki solidarnościowe, i założyłem swoją własną fabrykę - najpierw tworzyw sztucznych. Byłem producentem obuwia sportowego i spodów obuwniczych: męskich i damskich. Później zajmowałem się nieruchomościami, prowadziłem firmy turystyczne (SkyTravel w Warszawie). Mieszkam w dalszym ciągu w Aninie, mój syn też mieszka w Aninie. A przyjechałem tu do Goniądza, żeby tu się osiedlić z powrotem "na stare śmiecie", odpocząć na stare lata, połowić ryby. Najpierw wybudowałem tu dla siebie mieszkanie i nazwałem je "Kamil" - od imienia wnuka. I tak się zaczęło.

"Rosjanie byli bezwzględni"

W Goniądzu przed wojną, jak i jeszcze po wojnie, było kilka znanych rodzin. Bo w tej chwili większa część społeczności Goniadza to są przyjezdni, jest tylko kilka rodzin rodowitych goniądzan: m.in. moja rodzina Bartlewskich, rodzina Wojtkielewiczów, Ożarowskich, rodzina Rosińskich i rodzina byłego burmistrza - pana Jerzego Ryszkowskiego. Może niektórych nie wymieniłem, ale byli to wszystko starzy mieszkańcy Goniądza od pokoleń. Teraz Goniądz liczy ok. 1800 mieszkańców.

Wiem z opowiadań dziadka i ojca, że w czasie wojny tu przebiegał front. Po tamtej stronie rzeki byli Ruscy (tak my ich nazywaliśmy), a tu byli Niemcy. Goniądz był na linii frontu i to było bardzo niebezpieczne. Front był zmienny: była twierdza Osowiec i nie było żadnych dróg, więc wojska rosyjskie mogły przejść tylko przez Bagna Biebrzańskie na tę stronę Goniądza. Twierdza Osowiec to był punkt decydujący - kto zdobył twierdzę Osowiec, ten decydował o przejściu przez bagna. W każdym razie według mojej wiedzy i opowieści ojca i dziadków, tu najwięcej krzywdy wyrządzili Rosjanie. Moi rodzice bardzo mile wspominają Niemców: byli bardzo kulturalni, potrafili się podzielić jedzeniem. Natomiast Ruscy, kiedy tu byli, to wszystko zostawili spalone: palili wioski, zabierali dobytek, zabierali wszystko. Choć nie mówię, że Niemcy też nie wyrządzili krzywdy - np. mojej rodzinie, która mieszkała po tamtej stronie, koło Rajgrodu: całą rodzinę wywieźli na Ziemie Odzyskane, na Mazury. Ale moi rodzice, milej wspominają Niemców - jeśli w ogóle można powiedzieć, że czasy wojenne są miłe - mniej krzywd przynieśli Niemcy niż Rosjanie. Rosjanie byli bezwzględni - kilka razy za różne rzeczy mieli rozstrzelać mego ojca. Siedzieliśmy w piwnicach, bo tu wszędzie były bombardowania. Ja - jak mi matka potem mówiła - przeszedłem wszystkie choroby w piwnicy. Siedzieliśmy tam bardzo długo - z tamtej strony Ruscy, a z tej Niemcy.

Przypominam sobie jeszcze z lat szkolnych, że tu była partyzantka i starsi koledzy organizowali jakieś szkolenia dla młodszych. Ulotki pisali - ukradli kiedyś w szkole maszynę do pisania i było to wielkie wydarzenie. Milicja i UB ich szukało i znalazło kilku, których potem posadzili: Wojtkielewicza Antka, który już zmarł (dostał chyba za to 5 lat), panów Marczaków, którzy też brali w tym udział. Także tu rozwijała się partyzantka, kiedy oni chodzili do IX-X klasy szkoły ogólnokształcącej - mieli najwyżej po 16-17 lat. Przed wojną mieszkało tu bardzo wielu Żydów. Ja znam to z opowieści, bo jeszcze mój dziadek obsługiwał Żydów, bo miał bardzo dobre konie i przywoził im zaopatrzenie z Białegostoku. No i niestety, dziadek bardzo narzekał na Żydów, że Żyd nie mógł przeżyć dnia, jeśli nie oszukał. Dziadek pojechał na przykład po towar dla Żyda i Żyd po prostu nie zapłacił - byli tu też tacy Żydzi, którzy nie płacili i ciężko było z nimi żyć. W każdym razie, my Żydów wspominamy tu niezbyt przyjaźnie. Starzy goniądzacy nie mają dobrego zdania o Żydach: jak nie oszukał, to nie mógł tu żyć. I przede wszystkim: oni mieszkali w centrum (kamienice były żydowskie), a Polacy mieszkali na ogół na obrzeżach Goniądza. Nasz dom rodzinny jest to jeden z nielicznych przedwojennych, murowanych domów (Jest na liście zabytków i trzeba wszystkie modernizacje robić za zgodą konserwatora.). A w Goniądzu w tym czasie wszystkie domy były raczej drewniane.

"Wykłułem oczy Stalinowi"

Kilka słów o dzieciństwie. W 1949 roku poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, która mieściła się jeszcze w tzw. "Sorgo" - w budynku, w którym później była fabryka mioteł i lalek. Tam chodziłem rok czasu i na przełomie 1949/50 przenieśliśmy się do nowej szkoły, która została wybudowana w Goniądzu. (Pierwszym dyrektorem - pamiętam - był pan Szwakop).

Szkołę przypominam sobie bardzo dobrze, bo zajmowałem się przede wszystkim sportem. Przypominam sobie też, jak jeszcze żył Stalin - w szkole codziennie robiono apele na korytarzach i musieliśmy śpiewać pewne piosenki na cześć Stalina i na cześć władz. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, mając 9-10 lat, kto to był Stalin, dopiero później dowiedzieliśmy się o prawdziwym obliczu Stalina. Pamiętam też takie zdarzenie: mieliśmy książki (byłem chyba wtedy w trzeciej czy czwartej klasie), a że ja byłem bardzo energiczny chłopak, a w podręczniku było zdjęcie Stalina: siedziałem i cyrklem wykułem mu oczy i coś dorysowałem. Nauczyciel - pamiętam - to zobaczył, doniósł na milicję i mojego tatę zamknęli na kilka dni do więzienia (nazywaliśmy je: "dołek policyjny").

Nie mogliśmy chodzić do kościoła. W porze, kiedy były nabożeństwa, robili nam, pamiętam, jakieś zawody sportowe, wyjazdy, dawali dużo nagród - tak, żeby zniechęcić ludzi do chodzenia do kościoła. Pamiętam, jak w latach 1949-50 zdejmowali wszystkie krzyże z poszczególnych klas. Jak wspomniałem, uprawialiśmy dużo sportu, często wyjeżdżałem na różne zawody. Doskonale pamiętam pana profesora Szakalickiego, który był urodzonym sportowym "wyjadaczem" i bardzo to lubił. Miał swoje wykształcenie, ale i wrodzony talent nauczycielski - nie sztuka być nauczycielem, ale trzeba mieć jeszcze do tego przywołanie. Był człowiekiem bardzo pracowitym, profesorem chemii, ale za jego czasów sport w Goniądzu bardzo się rozwijał i stał na wysokim poziomie. Pamiętam, że nasza szkoła zdobywała bardzo dużo tytułów w województwie białostockim: w piłce nożnej, w lekkoatletyce, w tenisie, i w ping-pongu.

Pamiętam jeszcze z lat młodzieńczych, jak działały tzw. "ekipy", które myśmy nazywali "kipy" - przymusowe oddawanie zboża, zwierząt itd. Przyjeżdżali wtedy samochodami wojskowymi i nie patrzyli, ile kto tego ma i czy wystarczy na utrzymanie dla rodziny, dla dzieci - po prostu zabierali, ile chcieli, nie było dyskusji. Jak kipa przyjeżdżała - pamiętam - to wtedy matka i ojciec chowali świniaki w stodole, za zbożem, tak, żeby jak najmniej zabrali. W latach 1949-50 działały na Podlasiu i Lubelszczyźnie jeszcze "bandy UPA" - baliśmy się ich: w nocy przychodzili, budzili mieszkańców. Oni potrzebowali po prostu jedzenia, spania, jakiegoś opierunku. Ze względu na to, że mój tata był w tym czasie sołtysem, to - niestety - często do niego przychodzili.

Wychowanie przez pracę

Co jeszcze z lat szkolnych - żniwa. Nie było wtedy kombajnów, dopiero kosy wchodziły, jeszcze sierpem się kosiło. W żniwa, w sianokosy (które są w czerwcu) i w wykopki (które są we wrześniu) szkołę się kończyło i szło się prosto trzy kilometry na gospodarstwo, tam robiło się do wieczora, wracało się do domu i dopiero wieczorem można było odrobić lekcje i się uczyć. Oprócz tego w szkole musieliśmy iść pomagać do PGR-ów. Cała szkoła szła - i to było bardzo dobre: wychowanie przez pracę. Miałem 14 lat i już kosiłem, a mieliśmy łąki zalewowe w Biebrzańskim Parku Narodowym, których nikt teraz nie kosi, bo nikomu się nie opłaca. A wtedy się wszystkim opłacało - szliśmy do pasa w wodzie i nosiliśmy siano kopami na tak zwanych "nosiłkach" - kilometr taką kopę się niosło do jakiegoś grondu, z którego można to było wywieźć. A dziś rolnicy nie umieją kosić, ludzie nie umieją poklepać kosy, nastawić kosy - to bardzo ważne umiejętności. Kiedyś ojciec nie pozwolił nawet grabiami zbierać kłosów po żniwach, bo zboże wypadnie, więc musieliśmy je zbierać ręcznie i boso. Po takim dniu człowiek miał całe nogi do kostek spuchnięte.

Nie ma też już tych tradycji - kiedyś po żniwach zostawiało się dla zająca jedzenie na kamieniu na białej serwetce, tzw. "plon". Kiedy ktoś wracał z pola to już było wiadomo: "aha, już skończył, bo już stał plon". A dziś już nie ma nawet takich tradycji, uważam, że powinno się to robić choćby w formie podtrzymania kultury. W postaci widowisk - to kwestia pięciu lat i nic z tego już nie zostanie. Pamiętam jak przyjeżdżał do mnie biskup Głódź, który pochodzi z tych rejonów, był tu kilkanaście razy, i gdy zobaczył, jak się chłopak morduje z kosą, podszedł i w sutannie pokazał mu, jak się kosi. Ludzie nie umieją poklepać ani nastawić kosy - to bardzo ważne umiejętności.

Boso do kościoła

Kiedyś było w Goniądzu trochę inaczej. Niby były tu władze komunistyczne, lecz ja mówię, że w Polsce nie było nigdy komunizmu, absolutnie. Przecież moi rodzice prowadzili gospodarstwo rolne i z tego żyli. A jak żeśmy chodzili do kościoła - to myślę, też jest ważne i ciekawe - rodziców nie było stać na kupno obuwia. Mieliśmy jedne "pepegi", które braliśmy do ręki, wychodziliśmy z domu boso, wszyscy - nawet kobiety szły boso. Przed kościołem się je zakładało i w obuwiu wchodziło do kościoła, a po wyjściu z kościoła się je z powrotem zdejmowało.

"Od tego zaczynałem"

Ojciec wysłał mnie do Warszawy w 1960 r. w takiej czapce-uszance wojskowej, to wyglądaliśmy jak jacyś żołnierze, z walizką drewnianą - zaznaczam. Ta walizka do dziś wisi w karczmie jako eksponat i pisze tam, że "od tego zaczynałem". Od tego zaczynałem. Wyjeżdżałem w jednej koszuli i w jednym garniturze. Oczywiście przez cały okres studiów musiałem przyjeżdżać do domu pomagać przy żniwach - obowiązkowo.. Raz tylko udało mi się wyjechać w tym czasie na jakiś obóz studencki. W zasadzie, gdy pierwszy rok studiów skończyłem, to na drugim mnie już ojciec nie utrzymywał. Były wtedy tzw. spółdzielnie studenckie: "Maniuś", "Jelonek" na Jelonkach itp. Każda uczelnia miała swoje punkty pracy dla studentów. I muszę państwu powiedzieć, że ja rok po skończeniu studiów nie pracowałem, mieszkałem "na waleta" w akademiku na Jelonkach, dlatego, że mi się nie opłaciło iść do pracy, bo wtedy zarobiłbym chyba 2000 zł, a tyle w spółdzielni studenckiej potrafiłem zarobić w ciągu jednego dnia! Pracowałem już od drugiego semestru, a od trzeciego to nawet ojcu pomagałem finansowo. Pamiętam, jak mieliśmy myć klatkę schodową w jakimś bloku i babcie, które tam mieszkały, zobaczyły, że studenci przyszli myć klatkę schodową, to każda umyła na swoim poziomie. Więc nam zostały tylko niektóre biegi, a jeszcze dostawaliśmy coś do jedzenia, mleko. A za tę klatkę - pamiętam doskonale - dostawaliśmy - 2400 zł. Bardzo duże pieniądze zarabialiśmy. A wszyscy myśleli: "o, biedni studenci!" (faktycznie biedni). Później będąc na czwartym roku studiów, potrafiliśmy zarobić, a potem całą noc się bawić w najlepszych restauracjach w Warszawie. Na przykład w "Kamieniołomach". Ale sami to zarobiliśmy ciężką pracą - np. wiórkowaniem. Kiedyś nie było maszyn do cyklinowania, więc my tzw. "wiórami" nogami szorowaliśmy podłogę. Była to bardzo ciężka praca, ale bardzo dobrze płatna. Później- pamiętam - sami mieliśmy już swoich kontrahentów i robiliśmy już na własną rękę. Po co firma czy spółdzielnia ma płacić studenckiej spółdzielni 3000 zł, skoro my przyszliśmy i zrobiliśmy to samo za 2000 zł.

Życie studenckie było bardzo fajne. Pamiętam doskonale, że tylko pół roku chodziłem na wykłady, a po pół roku już nas nikt nie widział na wykładach. Po prostu - mówiąc szczerze - często graliśmy nocami w karty: pokera czy brydża. Urządzaliśmy bardzo dużo dyskotek, zabaw. Uważam, że nie można tamtych czasów przekreślać jedną kreską - były tam też bardzo pozytywne rzeczy. Władze robiły wszystko, żeby tę młodzież w jakiś sposób przygarnąć. Wiem, że robili to też żeby odciągnąć od religii, ale robili przy tym dużo pozytywnych rzeczy. Naprawdę ludzie byli dobrze wychowani "w pracy" i to wspominam bardzo dobrze. Oczywiście, że nie było towarów w sklepach i trzeba było załatwiać wszystko po znajomości. Natomiast na pewno młodzież z tamtych lat jest sto razy lepiej wychowana niż obecnie. Podejrzewam, że moi rówieśnicy też ten okres wspominają bardzo pozytywnie. Nie tak, jak dzisiaj nasi politycy: "Komuniści, komuniści!" - nie! Nasi politycy to są snobi. Była "Solidarność" i co pokazała? Nic nie pokazała! Wynoszą transparenty i chodzą. Niech się wezmą za robotę. Uważam, ze "Solidarność" była, minęła, a teraz niech się wezmą za robotę. A niestety, nie biorą się za robotę. Tutaj w każdym zaułku w Goniądzu siedzą, wino piją, czekają od piątej rano aż dostawę do sklepu przywiozą, i jak pomogą w noszeniu, to właściciel im zawsze jakąś butelkę da. Kiedyś tego nie było - był zakaz.

Rok 1968 - "Lali po nerkach"

W 1968 r. byłem w Warszawie i byłem aresztowany - siedziałem kilka dni. Przesłuchiwali nas. Wtedy, jak raz, skończyłem studia, ale chodziłem jeszcze na architekturę. Pamiętam doskonale, że na teren Politechniki nie można było przejść, więc ja przeskakiwałem przez płot i tam mnie złapali. Całymi nocami nas przesłuchiwali, świecili non-stop w oczy lampami. No i bili. Siedziałem nie na Mokotowie, lecz w Pałacu Mostowskich. Szukali wtedy jakichś przywódców strajku. Ale, jak raz, uratowało mnie to, że miałem rysunki, a oni pytali: "Jak to? Skończyłeś studia, więc po co chodzisz?" Że specjalnie niosłem rysunki i miałem ich oszukać. A ja faktycznie niosłem swoje rysunki architektoniczne, które miałem zrobić dla pana profesora. Potrzymali nas trzy dni, dostaliśmy trochę... bili po piętach. W nocy budzili w każdej chwili i albo przesłuchania, albo zimny prysznic. Lali po nerkach - trochę nam tam życia odebrali. Pamiętam, jak siedzieliśmy w celi (czterech-pięciu nas tam siedziało) i brali każdego na przesłuchania, to jak szliśmy korytarzami, to tylko jęki albo przekleństwa. Tak więc rok 1968 pamiętam doskonale i te rozróby. Były zresztą jeszcze wcześniej drobniejsze ekscesy - pamiętam, jak na czele naszych wojsk stał Rokossowski i przejeżdżał na Placu Narutowicza z lotniska (bo ulicy Żwirki i Wigury wtedy jeszcze nie było), a my mieszkaliśmy na Akademickiej, po sąsiedzku i rzucaliśmy w niego butelkami. Wiadomo - rzuciliśmy i uciekliśmy. Potem Milicja nas szukała. To było gdzieś w roku 1962. Krzyczeliśmy "Rokossowski, do domu!" - czyli do Rosji. Zresztą zaraz potem zmarł, bodaj w 1963 r.

Afryka

Do Afryki wyjechałem w roku 1971. Co mną powodowało? Skończyłem studia i pracowałem na budowie. I tam poznałem ludzi, którzy pracowali w Afryce na wjazdach i opowiadali mi o tym, jak tam jest. Chciałem poznać kulturę arabską, kulturę Czarnej Afryki - i to mnie pociągało: kultura, obyczaje, przyroda. Nie ukrywam, że względy finansowe też. I dlatego po skończeniu studiów nie poszedłem do pracy za biurko, pisać jakieś raporty itp., tylko poszedłem bezpośrednio na budowę jako majster, bo w ten sposób poznawałem robotę od podstaw. Po trzech latach takiej praktyki majstrowskiej od razu wyjechałem do Afryki, gdzie pełniłem różne funkcje: najpierw też majstra, potem kierownika, a po kilku latach dyrektora zaplecza.

Budowaliśmy tam w ramach "Budimexu" i "Polimexu-Staleksportu" różne drogi albo rafinerie, albo - jak w Libii - normalne wille dla Arabów. Pamiętam taką przygodę, jak w Libii, kiedy Kadafii był jeszcze bardzo młodym człowiekiem (miał chyba ponad dwadzieścia parę lat) i bardzo lubił strzelać: kiedy otwierał jakieś osiedle, które budowaliśmy, to przyjeżdżał i rozdawał nam pistolety, a myśmy strzelali - normalnie, z ostrej amunicji. Co mi się przydało jeszcze z czasów studiów w Polsce, że złapałem wtedy ten pozytywny klimat w Afryce? Między innymi to, że mieszkałem w akademiku. Uważam, że takie "przejście" - mieszkanie w akademiku - jest bardzo dobre dla młodych ludzi. Człowiek uczy się wtedy samodzielności: myśli o jedzeniu, musi zrobić jakieś zakupy, myśli o praniu, musi przygotować sobie ubranie, koszulę i spodnie wyprasować. Musieliśmy to wszystko robić sami. A warszawiacy, jak mieszkali u mamy, to mieli wszystko zrobione i podane. Akademik to była bardzo dobra szkoła, która mi się przydała w Afryce. Człowiek został wyrzucony w środku pustyni i musiał sobie radzić sam. Ja zajmowałem się budową tzw. "kampy": przyjeżdżaliśmy pierwsi i musieliśmy przed budową zrobić zaplecze dla nowych pracowników. Nie mieliśmy nic, kompletnie nic. Musieliśmy budować wszystko od podstaw: woda, energetyka, domy, drewniane baraki itp. Tak więc bardzo przydało się nam tam studencie życie, z tego względu, że jest też trochę podobne, choć to kilka tysięcy kilometrów stąd.

Kontakt z Polską mogliśmy utrzymywać tylko przez listy. Żadnych telefonów - wtedy nie można było dzwonić. Chyba, że przyjazd do Polski na urlop lub już po zakończeniu kontraktu: ludzie często przyjeżdżali i jechali na następne kontrakty. Sam w sumie przez 10 lat byłem na kilkunastu kontraktach, od północnej Afryki do południowej, aż do RPA. Dlaczego wyjeżdżałem? - każdy pyta. Że jest tak źle, że wszyscy narzekają? Jest to choroba - ja potrafiłem przyjechać z Afryki i nie mogłem wytrzymać trzech miesięcy. Więcej nie mogłem wytrzymać - już mi czegoś brakowało. Chodził człowiek jakiś osowiały - trzy miesiące: choroba, niczym marynarz. Choć tam w Afryce też człowiek narzekał, że jest źle. Kilka przykładów z życia: wyjechałem mając chyba 32 lata i miałem pod sobą ludzi, którzy mieli 50 lat i więcej. Były więc przypadki i to bardzo częste, że mąż wyjechał do Afryki, zostawił tu żonę w Polsce i ona pisze do niego obłudne listy, że go kocha, że mało pieniędzy na koncie i że musi mieszkanie wyremontować. Faceci (moi pracownicy i to kilku) słali im pieniądze, a żony były tak bezczelne, że gdy on przyjeżdżał na koniec kontraktu i przywoził ze sobą to, co kupił za pieniądze "na walizki", które dostawał od nas jako dyrekcji nie przelewem, lecz już do ręki i kupował za nie jedwabie (popularne wtedy w Polsce, a tam były tanie), złoto i obładowany przyjeżdżał z tym do Polski, to one przyjeżdżały do Warszawy na lotnisko z kochankami. Kochanek stał sobie z 50 metrów dalej, a ona rzucała się mężowi na szyję, mówiła, że tęskniła, a już tego kochanka wołała, żeby pomógł walizki zanieść do taksówki. Samochód już stał, walizki włożyli do samochodu, a żona mówi, że jeszcze musi do toalety pójść czy coś, samochód ruszył i facet zostawał na lodzie: bez walizek, bez pieniędzy, bez niczego. Znam kilkanaście takich drastycznych przykładów, które są autentyczne. Dlatego ja - chcąc dalej wyjeżdżać, trochę myślałem i po prostu na zaś wziąłem rozwód. Żeby nie było takiej sytuacji, że człowiek wyjechał, pracował dwa lata i został na lodzie. Wiadomo też, że konsekwencje pobytu w Afrycie są wielorakie. Nie było cudów: chorowaliśmy w Kongo na malarię, niektórzy na amebę. Mam takich kolegów, którzy zachorowali na amebę i musieli zostać w Afryce! Ameba polega na tym, że ona nie rozwija się w Afryce (rozwija, lecz bardzo, bardzo powoli), natomiast w Polsce przy zmianie klimatu bardzo szybko się rozwija i delikwent po prostu umiera. Te choroby były naprawdę bardzo groźne - musieliśmy dwa razy wodę gotować. No i przede wszystkim: higiena. Jak poszliśmy na grzyby (bo w Afryce też są grzyby, lecz innego rodzaju), to trzeba było umieć je potem wyparzyć. W pokojach bardzo często spotykało się "czterdziestonóżki" - człowiek szedł do kąpieli, a tu pełno "czterdziestonóżek". Było też dużo czarnych wdów. Trzeba było bardzo uważać - na pszczoły, muchy różnego rodzaju. Przychodzi jednak wreszcie taki moment: albo zostać, albo wyjechać. Byłem tam już dziesięć lat - miałem masę propozycji wyjazdu do krajów zachodnich, nie było żadnego problemu. Jeśli ktoś zrobił dobre wrażenie jako fachowiec, to tam pracowaliśmy z ludźmi z Zachodu: Szwajcarzy, Japończycy pamiętam, ludzie z Jugosławii, Francji, a oni potrzebowali fachowców. Ja mogłem tam wyjechać i zarabiać dziesięć razy więcej niż w Polsce. Dlaczego nie? Nie wiem. Nigdy w życiu bym nie wyjechał z Polski, nigdy nie interesowały mnie takie pieniądze kosztem nie bycia w Polsce. Z naszych pracowników mniej więcej 30% po kontraktach wyjeżdżało na Zachód. Lekarze, którzy nami się opiekowali całymi rodzinami wyjeżdżali na Zachód. Ja widziałem swoją przyszłość w Polsce i tego nie żałuję.

Po powrocie do Polski

Od grudnia 1980 r. prowadziłem już firmy prywatne. Najpierw w Łomiankach, potem w Ząbkach fabrykę tworzyw sztucznych do 1992 r. I bardzo mile ten czas wspominam - bardzo dobrze mi szło. Później w 1992 r. zająłem się nieruchomościami, sprowadziłem do Polski firmę Tchibo. Potem w 1993 r. wprowadziłem firmę "Makro" do Polski. Wtedy też założyłem firmę budowlaną. W 1996 r. przyjechałem do Goniądza i stopniowo zacząłem budować kolejne budynki, a w 2000 r. postawiłem Karczmę Bartla. Gdy wybuchł stan wojenny mieszkałem wtedy jeszcze w Warszawie w bloku. Włączam rano telewizor, a tu nic, dzwonię do kolegów, a tu nic. Przeżyłem to okropnie, bo wtedy już prowadziłem swoją firmę i nie miałem z nią żadnego kontaktu. Później dowiedziałem się, że to stan wojenny i wyruszyłem samochodem do Warszawy. Już na pierwszym posterunku, zawrócili mnie i kazali wracać do domu (firmę miałem wtedy w Łomiankach). W każdym razie stanu wojennego nikt chyba mile nie wspomina.

Nie powiem, że biznes w Polsce w latach 80 prowadziło się łatwo, że była to droga wyłożona dywanem. Trzeba było przebrnąć przez masę administracyjnych przeszkód. Ja produkowałem tworzywa sztuczne, a z wykształcenia byłem budowlańcem, ale już wtedy nie widziałem siebie w pracy państwowej - niestety, w Afryce człowiek nabrał już trochę innych manier i już mnie to w ogóle nie interesowało. W każdym razie było to trudne wejście, szczególnie w nową dziedzinę. Ale w biznesie, gdy człowiek pozna każdą dziedzinę od podszewki, to nie ma problemu. Trzeba się urodzić z pewnym charakterem. Tak jak kierowca: znam kierowców, którzy jeżdżą od 40 lat i w życiu nie będą dobrymi kierowcami, bo kierowcą trzeba się urodzić, mieć pewne predyspozycje do kierowania. Tak samo w biznesie: trzeba się urodzić już do prowadzenia interesu.

Gdy wróciłem moi rodzice jeszcze żyli i opiekowałem się nimi, bo tata miał już swoje lata i był schorowany (służył w armii carskiej w Rosji i był tam ze dwa lata; wywieźli go w takich wagonach końskich, w których przewozili zwierzęta; później uciekł i wrócił do Polski; te chwile potem bardzo wspominał). Musiałem opiekować się rodzicami pod względem zdrowotnym - opieka zdrowotna, niestety, nie jest tu na takim poziomie, jak w Warszawie. Bardzo często przyjeżdżaliśmy tu z braćmi i kontynuujemy to aż do tej pory.

źródło: http://swiadkowiehistorii.pl/relacje.php?a=swiadectwo&id=81

Arkadiusz Studniarek

2006 © e-monki.pl & A. Studniarek